Sprawa Twórców Konstytucji przeciwko amerykańskiemu monarchowi | Vanity Fair

Do teraz nawet najbardziej wojowniczy przeciwnik MAGA, Amerykanin, który zna się na rzeczy, musi przyznać: Donald Trump ma wpływ na nasze czasy. Po opanowaniu przez osiem lat naszej polityki i zainstalowaniu na kolejne cztery lata, zmierza do zmiany amerykańskiego życia bardziej niż jakikolwiek inny prezydent w ostatnich czasach i robi to w zawrotnym tempie. Zdecydowanie więcej niż Ronald Reagan. A, kiedy kurz opadnie, być może tak samo jak Franklin D. Roosevelt, którego koalicja polityczna obejmowała segregacjonistyczny Południe, klasę robotniczą i rozgoryczonego wyborcę, oburzonego tym, że instytucje rządowe zawiodły ich. Teraz Trump ponownie zebrał taką koalicję dla Partii Republikańskiej, jednocześnie pracując nad demontażem administracyjnego państwa, które wprost wyrosło z Nowego Ładu Roosevelta.
To był frenetyczny "pierwszych 100 dni" Roosevelta, który wyznaczył około trzymiesięcznego punktu odniesienia jako miary działań prezydenckich i ambicji. Dziś Trump porusza się w porównywalnym tempie, demolując prawa i normy w imię swojej wizji odtworzonej Ameryki - takiej, którą wielu widzi jako państwo autorytarne. Podobnie jak Trump, najbardziej władni prezydenci w historii Ameryki byli oskarżani o królewskie aspiracje i działanie niekonstytucyjne - na pewno Roosevelt, ale również Abraham Lincoln, którego konstytucyjnie wątpliwe Proklamacja Emancypacyjna była, podobnie jak najwcześniejsze kroki Trumpa, rozporządzeniem wykonawczym. Ale ani Lincoln ani Roosevelt nie zbliżyli się do tego, co teraz mamy przed sobą egoistycznego potwora: prezydenta, który uważa siebie ponad prawem (dzięki w dużej mierze składowi Sądu Najwyższego o prymitywizującej tendencji); uznającego siebie za wybranego przez Boga, ocalonego przez Boga od kul zamachowca; i za nowoczesnego zbawiciela, który prowadzi "swoich ludzi" do ziemi obiecanej upodabniającej się do Ameryki, która nigdy nie istniała.
"Oni nie idą za mną" - oświadczył po postawieniu zarzutów w sprawie dokumentów o klauzuli tajności, których teraz odwołano. "Idą za tobą, a ja stoję na drodze." Ale czy kiedykolwiek Trump maniakalnie promował czyjeś interesy bardziej niż swoje własne? Monarchiczne projekt Trumpa z pewnością byłyby drażniące dla założycieli narodu. Wybuchli oni rewolucją, aby uwolnić się od panowania brytyjskiej korony. Odnieśli sukces, a następnie stanęli przed żmudnym zadaniem decydowania, jaki rodzaj rządu odpowiadał aspiracjom amerykańskiej eksperymentów. Na Konwencji Konstytucyjnej w 1787 roku Edmund Randolph marzył o rządzie odpowiednim dla "stałego geniuszu ludzi Ameryki", jak wynika z notatek Jamesa Madisona. James Wilson wzywał swoich kolegów delegatów do stworzenia systemu, który "zamiast być płodem monarchii, będzie najlepszą ochroną przed tyranią" - po doświadczeniu tyranii, Ojcowie Założyciele najbardziej się jej bali. Madison naciskał na konwencję, aby część władzy wykonawczej umieścić w pozycji zależnej od woli ustawodawstwa.
Co by Madison powiedział teraz do Kongresu, który efektywnie zrzekł się konstytucyjnie narzuconej mu władzy nad finansami na rzecz Elona Muska i innych oficjeli Trumpa, którzy starają się wyciągnąć pieniądze przyznane przez Kongres na inicjatywy polityczne - zwłaszcza fundusze na działania, których Trump nie popiera, w tym praktycznie cała amerykańska pomoc zagraniczna, którą Musk dumnie ogłosił, że kieruje do "rozdrabniarki do drewna"? Senator Thom Tillis z Karoliny Północnej przyznał, że wszystko to "jest sprzeczne z konstytucją w najściślejszym znaczeniu".
Dodał jednak, że "nikt nie powinien narzekać na to". To pochodzi od członka partii, która od dawna opowiada się za "stosunkowo konserwatywnym" spojrzeniem na konstytucję. A jakby zareagowali Ojcowie Założyciele na Wiceprezydenta JD Vance'a, który w niedzielę - w odpowiedzi na zarządzenia sędziów o zatrzymaniu szeregu działań zatwierdzonych przez Trumpa, w tym jednego, dającego minionom Muska szeroki dostęp do danych Departamentu Skarbu - opublikował ostry atak na sędziów, stwierdzając, że "sędziowie nie mają prawa kontrolować legalnej władzy wykonawczej"? Trump oświadczył to samo, twierdząc, że "Żaden sędzia nie powinien, szczerze mówiąc, mieć prawa do podjęcia takiej decyzji". Prawnicy administracji poszli za tym z prawna salwą, która stawia rzekome interesy władzy wykonawczej w opozycji do interesów federalnego sądownictwa i grupy prokuratorów generalnych. A w poniedziałek, według informacji Politico, "pięciu różnych sędziów w USA wydało tymczasowe blokady pięciu różnych dyrektyw wykonawczych Trumpa". Niektórzy studenci prawa uważają, że kryzys konstytucyjny może już istnieć.
Podczas tworzenia Konstytucji delegaci w Filadelfii wiedzieli, kto nieuchronnie będzie pierwszym prezydentem kraju. George Washington, nawet wtedy, był postrzegany jako "ojciec narodu." Był, jak nazwał go historyk James Flexner, "niezbędnym człowiekiem" Ameryki. Przyzwyczajeni do życia pod monarchią, obywatele nowego kraju byli początkowo skłonni traktować Washingtona jak monarchę. Jego wizerunek był wszędzie w Ameryce lat 90. XVIII wieku, a mitologia wokół niego, jak ujął to historyk Joseph Ellis, "rosła jak bluszcz na statui, skutecznie pokrywając całą postać aureolą wszechwładztwa, sprawiając, że granica między jego ludzkimi cechami a bohaterskimi osiągnięciami była niemożliwa do wyznaczenia." Nawet wiceprezydent John Adams, służący pod Washingtonem, okazał się podatny na takie uniesienia, gdy zgłosił pomysł, aby prezydenta nazywać "Jego Wysokości" lub "Jego Majestatem", co spotkało się z dowcipami, w tym z żartem, że Adams, ze swoim obfitszym brzuchem, powinien odtąd być nazywany "Jego Krągłością". Jednak ostatnim aktem Washingtona jako prezydenta było ugięcie się przed republikańskimi zasadami: dobrowolne ustąpienie po dwóch kadencjach, co ustanowiło urząd ważniejszym niż człowiek - i ustanowiło precedens na dwie kadencje, który trwał aż do czasu, gdy Roosevelt pomyślnie ubiegał się o cztery.
W odpowiedzi na Roosevelta, Kongres podkreślił przykład Washingtona, uchwalając poprawkę 22, która zabraniała prezydentom ubiegania się o więcej niż dwie kadencje. Niestrudzeni nawet przez tego prawnika, jednak Trump wysunął pomysł ubiegania się o trzecią kadencję. Być może wykorzysta lukę w 22 poprawce, interpretując ją jako zakaz trzeciej kadencji tylko wtedy, gdy ta trzecia kadencja następuje po dwóch kolejnych kadencjach - lub, jeśli to nie zadziała, może ubiegać się o stanowisko wiceprezydenta na 2028 roku z Vance'em i następnie efektywnie rządzić krajem z drugiego stanowiska (podobnie jak tak zwana tandemokracja Władimira Putina i Dmitrija Miedwiediewa, w której pełnomocnik Putina, Miedwiediew, rządził Rosją w okresie przejściowym, od 2008 do 2012, przed powrotem Putina do władzy). W ruchu jeszcze bardziej przypominającym monarchię, Trump mógłby poprzeć jedno z swoich dzieci na stanowisko prezydenta, sankcjonując tym samym dziedziczenie tronu od króla do jego księcia albo, w przypadku Ivaniki, księżniczki. Gdy wierzysz, że prawo nie dotyczy ciebie, niemal wszystko jest możliwe.
Propozycja Trumpa dotycząca wykorzystania wojsk armii USA na południowej granicy - nie w celu obrony przed inwazją obcej armii, a w celu zapobiegania nielegalnemu przekroczeniu granicy - oraz wykorzystanie wojska do usunięcia nielegalnych imigrantów już przebywających w Ameryce i pomocy w ich deportacji, również było by zaniepokojone przez twórców, zwłaszcza Madisona i Thomasa Jeffersona. Madison wierzył, że stała armia, nawet taka uzasadniona jako obrona przed zagrożeniami zewnętrznymi, zawsze byłaby używana jako "instrument" tyranii w kraju. Również Aleksander Hamilton obawiał się potencjału wykorzystania stałej armii jako "narzędzia despotyzmu". Jefferson, równie podejrzliwy, zastanawiał się nad utworzeniem akademii wojskowej w West Point podczas jego prezydentury, obawiając się, że może ona stać się inkubatorem dla klasy wojowników. Uzasadnił to jako szkołę inżynieryjną - jedną ze swoich pasji - i umieścił Korpus Inżynierów Armii na miejscu, aby pracował nad budową dróg i kanałów dla nowego narodu.
Strofowani takimi przestrogami ci, którzy opracowywali Konstytucję, nalegali na to, aby finansowanie wspierające armię federalną było co dwa lata poddane ponownej autoryzacji, aby Kongres mógł nad nią zachować kontrolę, i przez większość amerykańskiej historii, w czasach pokoju armie były niewielkie i niewystarczające do natychmiastowej bitwy. Dopiero od czasów II wojny światowej Stany Zjednoczone zbudowały duże, stałe siły obronne - faktycznie, jak to nazwał Dwight D. Eisenhower, kompleks militarny-przemysłowy. Nawet wtedy, konieczność utrzymywania sił zbrojnych pod kontrolą cywilną była ścisło strzeżona. Donald Trump podważył to. W swojej pierwszej kadencji zaangażował się w niezwykłe działanie polityczne, gdy w odpowiedzi na ogólnokrajowe zamieszki uliczne po zabiciu George'a Floyda, zagroził wysłaniem uzbrojonych oddziałów do amerykańskich miast, a następnie dziwnie przemaszerował z Białego Domu do pobliskiego kościoła św. Jana, tzw. "Kościół Prezydentów", gdzie trzymał Biblię przed kamerami telewizyjnymi i powolnie zbierającą się tłumów, wyglądając jakby zarządzał egzorcyzmem albo, jak napisał Evan Osnos, prezentował produkt na QVC
Podsumowując pierwszą prezydenturę Trumpa, mimo ogromnej presji, barierki ustanowione przez pokolenie założycielskie dotrzymywały słowa. Bardzo poważne pytanie teraz brzmi: Pomimo wszystkich przeciwności, czy ponownie dotrzymają słowa?